środa, 14 grudnia 2011

Jak stal się hartowała - zostać instruktorem

Grzebiąc w przeszłości mogę dojść do wniosku, że faktycznie moje losy kierowane są przez zewnętrzne siły albo wewnętrzne ale nieuświadomione. To co stanowi pasję i drogę życiową od kilkudziesięciu lat, nie zapowiada się też aby coś miało się w tej materii zmienić, zostało mi podsunięte pod nos. Skoki nie były moim marzeniem a stały się tak ważne.
Podobnie wyglądała sprawa uprawnień instruktorskich.
W pierwszym sezonie skoków szło pięknie. Bambuła miał swój plan, ja byłem rozgrywającym. Zrobiłem ponad 100 skoków, co w tamtych czasach było bardzo dobrym wynikiem. 
Spadochron SW-12
Dochrapałem się spadochronu szybującego – SW-12. Młodzi skoczkowie nie wiedzą, że był to dość interesujący wynalazek. Nie miał slajdera a do opóźnienia otwarcia służyła lina ryfingowa. Lina okalała całe obrzeże spadochronu przechodząc w naszytych stalowych pierścieniach i wchodząc w otwory w środku spadochronu. Nad czaszą lina łączyła się z pilocikiem sprężynowym. Zasada działania tego systemu zbliżona była do budowy worka na kapcie używanego przez przedszkolaków. Ułożony spadochron – zaciągnięty sznurek w worku na kapcie. Pęd powietrza rozsuwał spadochron ściągając z góry pilocik. Układanie było nieco trudniejsze niż obecnie, konstrukcja była cięższa ale szybowała więc to był niezły czad.

Koniec sezonu przyniósł jednak zmiany, które przerosły moją odporność psychiczną młodego człowieka. Znowu zaczęła się polityka. Zmiana dyrektora aeroklubu pociągnęła również zmiany w kierownictwie sekcji spadochronowej. Dla mnie, po tym co zrobiono z moją drużyną piłki ręcznej teraz następowała powtórki z rozrywki.
A więc spadam. Sportowcem być nie chcę, w politykę mieszać też się nie chcę.
Przerwa trwa cztery lata. Można powiedzieć, że podejmuję próbę po dwóch latach powrotu do skakania ale odpycha mnie zadęcie i zblazowanie. To zdecydowanie nie to, co wspominam i co być może idealizuję w swojej głowie.
Po czterech latach nie ma jednak odwrotu, wracam.
Jest ciężko, z pozycji najlepszego gdy odchodziłem wracam do pozycji słabiaka ze śmieszną cyfrą 108 skoków. Inni już doskakali do 1000. No cóż trzeba zacisnąć zęby i robić swoje.

Gdy zaczynałem skoki, załapałem się jeszcze na darmochę. Jakieś śmieszne pieniądze kosztował pobyt na zgrupowaniu ale skoki były darmowe. Po tych kilku latach pozmieniało się. Trzeba było płacić a płaciło się wg dość zawiłego cennika, który jednym pozawalał skakać niemal za darmochę a innym dużo drożej. Trochę było w tym logiki sportowej trochę więcej porządku dziobania.
Miałem robotę na bramkach wobec czego, nocami zarabiałem na to aby w ciągu dnia skakać. Nie chciało mi się jeździć na obiad, bo miałem deficyt snu. Wobec czego schudłem ze 14 kilo w wakacje. Nadrabiałem sprawnie, w drugim sezonie, czyli tym po powrocie zrobiłem ponad 400 skoków i odrobiłem wszystkie brakujące uprawnienia. Woda, noc itp., podciągnąłem się w celności aby awansować do tzw grupy festyniarzy. Festyniarze to była ekipa objeżdżająca zawody spadochronowe o niższej randze. Na najważniejsze jeździła pierwsza liga a druga zajmowała się zabawą w fajne skoki i integracją ze skoczkami z Polski. Dużo było do nadrobienia bo pierwszy skład miał zadarty nos. Zawody, pokazy, festyny – jak dla mnie bomba. Ciekawe skoki, radosna publiczność i fajna ekipa do skakania. 

Zaczęliśmy robić kanapy dla urozmaicenia pokazów ale i dla ciekawych treningów na lotnisku. To było też wciągające i nie przeszkadzało mi, że wracałem spoza lotniska po takich skokach bo nie mogliśmy przeszkadzać sportowcom. Skakaliśmy tak aby nie wejść w kadr kamery do nagrywania przebiegu akrobacji indywidualnej.
Z roku na rok przybywało wiedzy i doświadczeń. Dla młodych skoczków, którzy tłumnie pojawiali się na kursach było trudne do oceny kto jest instruktorem, kto nie. Kto jest doświadczony i chce się podzielić swoją wiedzą a kto nie chce. Nadal tak jest. Nowicjusze podchodzą z respektem do każdego, kto był już skoczkiem, gdy oni zaczynali. Każdy 'stary' ma bagaż respektu, na który często wcale nie zasługuje bo jest ignorantem a jedynym jego osiągnięciem jest to, że przeżył parę lat więcej albo był wcześniej na kursie.

Coraz częściej pojawiali się ludzie, którzy mnie o coś pytali. Fakt, że sportowcy byli zajęci wynikami a ja byłem na lotnisku cały czas powodował, że byłem angażowany w coraz więcej zajęć z podstawówką spadochronową. Zaczynałem pełnić funkcję instruktora, choć wcale nim nie byłem. Ale ta funkcja powodowała, że zacząłem gromadzić i porządkować wiedzę. Nie podobało mi się, gdy stary ignorant zapytany przez młodego o coś – co mogło być ważne dla być albo nie być tego ostatniego dostawał odpowiedź: „Nie wiesz? nie wiesz!? Nie wiesz, no to się kurwa nie dowiesz, trzeba było uważać na wykładach! „ Ostra odpowiedź mogłaby być formą zdyscyplinowania młodziaka, ale ja wiedziałem, że ten gość po prostu nie wie co odpowiedzieć a wstyd mu się do tego przyznać.
Ze zdobywaniem wiedzy było wtedy jeszcze gorzej niż teraz. Teraz pytam wujka Google i na prawie każdy temat, jeśli posługujemy się trochę językiem angielskim, możemy czegoś się dowiedzieć. Naście lat temu nie było tak pięknie owszem był internet ale jeszcze nie był tak napełniony i tak przeszukany przez wyszukiwarki.


Wtedy do wszystkiego trzeba było dojść samemu. Na dziecięce pytania 'dlaczego' trzeba było wiele spokojnej gimnastyki umysłu. Ale właśnie to sprawiało mi satysfakcję. Porządkowanie wiedzy i przygotowywanie ćwiczeń do zdobywania umiejętności. Znalazłem się więc na odpowiednim dla siebie miejscu. Teraz, po latach, wiem że przekazywanie wiedzy jest pod wieloma względami moim powołaniem. Kto z czytających tego bloga wierzy w ścieżkę przeznaczenia? Kto zastanawia się nad tym, co jest mu pisane? Nie w tym sensie, w którym cyganka prawdę powie i przepowie spotkanie bruneta wieczorową porą. Ale w to, że każdy z nas, ma swoje poletko, na którym jest naprawdę dobry. Każdy ma pewne predyspozycje, które jeśli są pielęgnowane mogą stanowić poziom mistrzowski. Każdy.
Ból jest, gdy kogoś z uzdolnieniami analitycznymi rodzina, społeczeństwo lub błędnie obrane wzorce pchają w zupełnie inną sferę funkcjonowania. Będzie się męczył a efekty pracy będą mizerne. Każdy ma swoją własną energię, to 'coś' z czym przychodzi na świat.
Ja mam nauczanie. Nawet w nocnym klubie, gdy starałem się przesiedzieć do rana i tylko jeśli była taka konieczność to wyprowadzałem ancymonów z sali, to w samym końcu sali ktoś mnie znalazł opowiadając swoją historię życia oczekiwał jakiś przemyśleń. Dostawał je. Nie pcham się i nie afiszuję zanadto. Przychodzą do mnie różne, ciekawe jednostki potrzebujące jedynie impulsu, na pewno nie zdalnego sterowania (to byłoby nieprawidłowe i bardzo męczące). Impuls wystarczy, informacja którą odczyta ktoś, kto tego właśnie potrzebuje.

Wracając do prehistorii. 
Ścieżka kolejny raz mnie znalazła w jakimś punkcie czasu i przestrzeni. Zamocowanego pomiędzy źle funkcjonującym systemem a adeptami spadochroniarstwa, którzy wymagali trochę więcej uwagi niż system im oferował.
Ku mojej destrukcji rosłem w siłę. Nie zdawałem sobie bowiem sprawy, że moich lokalnych realiach nie powinno się zanadto wychylać. Nie wiedziałem, że panują bardzo atawistyczne, stadne prawa. A powinienem to wiedzieć i przeczuwać, że coś się dzieje nie tak. Jeśli dorosłemu człowiekowi inny dorosły człowiek tłumaczy, że do trzeciego dorosłego człowieka trzeba mówić „SZEFIE” to znak, że coś jest na rzeczy.
Trafiłem bowiem do rzeczywistości trochę przeniesionej z dawniejszych czasów. Fala, socjalizm, dofinansowania z MON i MEN, sportowcy odeszli w przeszłość. Jednak jaki pan taki kram. Jeśli SZEF wyznawał takie wartości to i zgromadzeni wokół niego pariasi musieli taką filozofię wyznawać. Trudno jednak było to połączyć z nowym rodzajem kursantów. Skoki nie były bowiem już darmowe, przychodzili ci, których było na to stać. A stać było ludzi dorosłych, przedsiębiorców lub dobrze opłacanych pracowników firm. Ci ludzie źle znosili odkurzone zjawisko fali. We mnie, w środku kłóciło się traktowanie ich jak gówniarzy.
Gra stawała się więc coraz ciekawsza a ja żyłem w pełnej ideałów nieświadomości następstwa zdarzeń.
Zostałem wydelegowany na kurs instruktorski. To było jak namaszczenie przez króla. Wielu nie dostąpiło tego zaszczytu pomimo osiągnięć sportowych. Jednak potrzebna była kadra szkoląca. Ja szkoliłem i to coraz więcej a papierów nie miałem. Pojechałem na kurs do CSS w Nowym Targu. Dla dobra skoczków nie będę pisał jak wyglądał ten kurs. Zaliczyłem go. Potem zdałem egzaminy i zostałem skoczkiem zawodowym z uprawnieniami instruktora spadochronowego. Licencję wydał mi nieistniejący już Główny Inspektorat Lotnictwa Cywilnego.
Zostałem instruktorem. W sezonie prowadziłem szkolenia spadochronowe a w nieco dłuższym okresie pomiędzy sezonowym prowadziłem coś w rodzaju klubu sportowego. Bieganie, ćwiczenia, treningi na podwieszonej uprzęży.



Uzyskanie książeczki z orłem (jeszcze bez korony) miało jednak zmienić wiele na mojej drodze i nie było mi pisane przewidzieć tych zmian.
Ciekawy charakter mikrośrodowiska aeroklubu, w którym zaczynałem skoki skupiał się wokół osoby i osobowości SZEFA. Wrażliwe i czujne jak ważka grono klakierów starało się wyczuć potrzeby i humory kierownika sekcji. Aby utrzymać się w pierwszym kręgu wokół tronu starali się z całych sił aby co jakiś czas obszczekać i podgryźć kogoś. Można to porównać z zachowaniami w stadzie wilków. Coś się cały czas musi dziać bo inaczej kogoś ugryzie w kark sam SZEF.
W stadzie wilków, trzymając się tej analogii, jest też niepisane prawo, że nie można być bardziej popularnym od naczelnego. Chyba, że chce się objąć przywództwo. Oznacza to więc, nie mnie i nie więcej, że popularność prowadzi do banicji. Nie zauważałem tej zależności gdy zaczęli być usuwani kolejni młodzi instruktorzy. Nie uzurpowali sobie żadnych praw do tronu, bo komu by się chciało wejść na taki etat. Jednak przynosili informacje z zachodu, podróżowali po świecie i zdobywali wiedzę spadochronową. Skoczkowie podświadomie lgnęli do nich, bo wiedza była im potrzebna do przeżycia. Popularność obracała się jednak przeciwko nim i pierwszy krąg wokół tronu rozpaczliwie ujadając przystępował do akcji podsrywająco odsuwającej.
Goleniów rok 1999 albo 2000

Szkoda. Chłopaki mieli naprawdę dużo do powiedzenia i mogli sporo załatwić. Jeden postawił na sobie krzyżyk, gdy załatwił śmigłowiec Mi-17 za jakieś śmieszne pieniądze bliskie zeru. Można było poskakać niemal gratis z 4000 metrów. Ale to on załatwił a nie SZEF wobec tego nastąpił zgrzyt terminalny. Nie minęło pół roku i chłopak nie zniósł szykan.
Moim problemem okazał się kurs tandempilota. Aby zrobić papiery pojechałem do Czech. Zresztą to też ciekawa historia bo znowu los mnie pchnął w jakiś zakątek czasu i przestrzeni. Nie myślałem i nie marzyłem o byciu instruktorem tandemowym. Pojechałem do Czech aby sobie skoczyć z 4000 metrów bo w tym czasie była to wysokość nieosiągalna w Polsce. Czasem coś się wydarzało ale miało to charakter raczej wyczynu i rekordu.
Na lotnisku w Kunovicach (tam gdzie produkują Turbolety) zobaczyłem jak tandempilot opiekuje się chłopakiem, który trochę ucierpiał w wyniku dziecięcego porażenia mózgu. Miał lekkie, spastyczne napięcia mięśni i trudno mu było założyć rękawiczki. Tandempilot, brodaty, dojrzały i duży facet z cierpliwością taty zakładał mu te rękawiczki a ja sobie pomyślałem, że kiedyś chciałbym być takim tandempilotem. Że to jest właśnie to.
No i nie minęły 2 miesiące jak dzwoni do mnie jeden z wygnanych później instruktorów i mówi, że prywatna firma zakupiła dwa tandemy i chcą wyszkolić tandempilotów, czy wchodzę w ten dym. Wszedłem i trafiłem właśnie do tego brodatego tandempilota, który był egzaminatorem fabryki Parachutes de Frances.

Z papierami i tandemem zacząłem robić skoki tandemowe. W zasadzie jedne z pierwszych w Polsce a na pewno pierwsze w aeroklubie. Nawet skoczyłem z synem króla i władcy co potraktowałem jako przejaw dużego zaufania. Ale koła zębate zdarzeń już się toczyły i mieliły moją kartotekę psimi zębami.
Od przewodniczącego sekcji spadochronowej usłyszałem podczas tzw śledzika wigilijnego, że nie mogę prowadzić zajęć sportowych w klubie bo nie mam oficjalnych uprawnień do tego rodzaju działalności. Łza zakręciła się w oku ale zobaczyłem wtedy co już zaczęło się dziać. Nie było odwrotu, nie miałem zamiaru przedzierać się przez jazgoczący krąg walczących o pogłaskanie po głowie i poszedłem w świat.
Goleniów i skoki z An-28, Prostejov czeski. Parę lat szwendaczki ale i zdobywania doświadczeń. Zaczepiłem się na jednej z pierwszych prywatnych stref zrzutu, gdy nie było jeszcze infrastruktury a organizator skoków sprzedawał bilety naklejki ze szczochranego blaszaka renault.
Wkrótce pojechałem do Francji za kolejnym uprawnieniem, tym razem do robienia skoków AFF.
W tzw międzyczasie zostałem obwołany zdrajcą i pewnie robiono voodoo nad moją osobą. Poszło o początkowo prywatny konflikt pomiędzy SZEFEM a dorosłym i doświadczonym instruktorem, który dostał zjebkę w obecności uczniów. Nie jest to zagranie na poziomie i uderza w proces szkolenia i zaufania. Na pewno uderza w najczulsze struny ambicji.
Tak się składało, że opierdolony instruktor był również dealerem zachodniego sprzętu. Aeroklub wyrwał w tym czasie jakąś grubszą kasę z AP na odnowę sprzętu spadochronowego. Miały być poważne zakupy a zamiast zakupów skończyło się na produkcji sprzętu w warsztacie naprawczym aeroklubu. O ile szyte przez jednego z młodych instruktorów pokrowce były prawdziwym majstersztykiem to to, co wyszło z warsztatu to było totalne gówno. Skakaliśmy na tym bo przecież to było plecy-plecy ale bez żadnego testowania, bez certyfikatu – no po prostu masakra.
Skończyło się na prokuraturze, gdzie sprawę o zagrożenie życia ludzkiego i fałszowanie dokumentacji spadochronowej złożył urażony instruktor. Ja zostałem powołany przez prokuraturę na świadka. Zeznałem co o tym myślałem i co wiedziałem no i zaczęło się.
Podsrywano mi, dowalano na każdym kroku. Wszystkie sprawy w ULC szły jak po grudzie bo tamże SZEF był cichym doradcą urzędowym. W AP nie było prościej bo przecież chodziło o grubą kasę i ciężki smród.
Nie było więc prosto.


27 lipca 2014


Dopisek po latach

Nie wiem jak wypłynął do popularnych ten stary tekst. Przeczytałem go po latach z przyjemnością i widzę, że urwał się tak w pozornie niemiłym momencie. Chciałbym więc dopisać, to czego być może zabrakło aby był pełny i zamknięty.
Wszystkie zdarzenia i osoby na mojej drodze, czy je lubiłem czy też ich nie lubiłem doprowadziły mnie do czasu, w którym czuję się dobrze. Jestem szczęśliwy. Patrząc z tego punktu widzenia nawet nie chce mi się chować urazy do kogokolwiek z tamtej przeszłości. Mogę mieć jedynie nadzieję, że i oni wszyscy znajdą swój spokój. Że upływające dni nabiorą sensu i będą mogli witać poranek uśmiechem.
Zobaczyłem też jak bardzo zmienił się sposób mojego pisania. Taki wielgachny tekst jako jeden wpis? A komuż to będzie chciało się przeczytać w jednym kawałku, mógłbym dziś pomyśleć. Ale sądząc po reakcjach i po tym, że wypłynął do 10 najbardziej popularnych, to chyba jednak komuś chce się go czytać.

Bambułę, czyli Krzysztofa Zalewskiego miałem przyjemność spotkać po latach i porozmawiać już jako instruktor ze swoim instruktorem. Bez wahania mogę powiedzieć, że był jednym z kilku mistrzów na mojej drodze. Po latach zacząłem rozumieć ciekawe zagrywki, sposób motywacji i uspakajania gorącokrwistych nastolatków. Los splatał nasze ścieżki już kilka razy i czuję, że jeszcze raz to może się udać. Jeśli macie kontakt z nim kontakt przekażcie mu ode mnie pozdrowienia. Jeśli będziecie mieli czas, to zamieńcie z nim parę słów, bo człowiek ten jest wart zatrzymania i rozmowy. 

4 komentarze:

  1. Tak właśnie tego sie spodziewałam:)
    Ja wierzę w ścieżkę przeznaczenia!:)...coś w tym jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. dokleiłem jeszcze kawałek, za mały aby publikować nowy post. Taki kawałem bardzo charakterystyczny dla naszego cry'u

    OdpowiedzUsuń
  3. ja cię kręcę dobrze że nie przyszło mi do głowy skakać w tamtych czasach! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkie opisane wyżej zjawiska, mocno zakorzenione w betonowej mentalności struktur wytworzonych przez miniony system, spowodowały że 10 lat temu oddałem swój ostatni skok.

    OdpowiedzUsuń